rumianek, wszy i apigenin

rumianek

Z cyklu ziółka – to nie zaszkodzi, ale i nie pomoże: rumianek. Łac. Matricaria Chamomilla, o której wspomina nawet krecik z czeskiej bajki. Typowy „kwiatek”. Wyglądem przypomina słoneczko, kwitnie właśnie teraz, w środku lata i (przypadkowo?) znajduje zastosowania w leczeniu oparzeń słonecznych i termicznych I i II stopnia (tę informację podaję za wikipedią). Najogólniej kojarzy się z ziółkiem na kolkę (u niemowląt), ewentualnie z przemywaniem oczu.

Od dawna towarzyszy mi przeświadczenie, że coś tracimy. Niedawno chciałem upewnić się co do zastosowań piołunu, który z kolei kojarzy się z silnym działaniem przeciwpasożytniczym. Zaglądam do dość zacnej książki o ziołach, a tam na ten temat ani słowa. Owszem wspomina się, że Artemisia absynthii (łac. bylica piołun) wchodzi w skład płynu przeciw wszom, a więc pasożytom, zwanego dawniej „Artemisolem”, który miałem przyjemność stosować w dzieciństwie (wszawica to niekoniecznie jest zresztą przypadłość tzw. dołów społecznych, E. złapała wszy niedawno w pociągu pkp relacji międzynarodowej). Nazwa łacińska naprowadza nas na wódkę „absynt” popularną w krajach południowych. Na Okinawie  piołun stosują systematycznie jako przyprawę. Niektórzy dopatrują się nawet w tępieniu pasożytów źródła tamtejszej długowieczności. Zresztą istnieją całe rzesze ludzi przeświadczonych o kluczowej roli pasożytów – czytałem o tym w „Zwierciadle” (na usprawiedliwienie dodam, że u dentysty).

Tradycyjnie rumianek klasyfikowany jest jako zioło uniwersalne, o słonecznej symbolice. Radiestezyjnie dominuje w nim kolor biały, a więc zawierający w sobie całe spektrum promieniowania. Podobnie do dziurawca (It’s June again). „Uniwersalny” oznacza, że w zasadzie cokolwiek by nam nie dolegało możemy wziąć go w ciemno (i nie obawiać się bo „ziółka nie zaszkodzą, ale i nie pomogą”). Słoneczną symbolikę ma także inny, znany od tysiącleci środek – miód (po łacinie Apis).

Nie wiem skąd wzięła się nazwa Apigenin (może od Apis, albo po prostu od gr. rumianek chamaimelon – earth apple?). Apigenin, to związek z grupy flawonów obecny min. rumianku, pietruszce i selerze. Każde zioło próbujemy zredukować do pojedynczej substancji czynnej np. wierzbę do aspiryny, cytrynę do witaminy c, a rumianek do apigeninu. Następnie ekstrahujemy ją z rośliny lub otrzymujemy ją już całkowicie syntetycznie i podajemy w skoncentrowanych dawkach (bo im więcej tym lepiej). O dziwo apigenin wciąż zachowuje bardzo szeroki zakres działania. O dziwo, bo zwykle taki ekstrakt jest już tylko kastratem – jak „bezzapachowy” czosnek. Zatem apigenin, cokolwiek by to miało znaczyć: indukuje autofagię w komórkach leukemicznych, jest inhibitorem enzymów uczestniczących w metabolizmie leków, chroni nerki przed działaniem cyklosporyn, oddziaływuje na szereg receptorów w mózgu – efekty uspokajające, hamuje odkładanie się w mózgu pewnych substancji, co to prowadzą do Alzheimera i, ostatecznie, poprzez swoje liczne wpływy na sygnalizację międzykomórkową, procesy zapalne, cykl komórkowy i produkcję enzymów rozkładających białka (proteaz) „demonstruje efektywność w stosunku szerokiego spektrum komórek rakowych, nie będąc toksycznym dla normalnych komórek”.  To wszystko też za wikipedią, chyba dość.

O samym rumianku znacznie już skromniej. Testy kliniczne nie są już tak spektakularne. Jeden z najstarszych leków świata nie znajduje wzięcia w swojej pierwotnej formie. Zabraliśmy mu moc (apigenin).

PS Herbatę z rumianku pić śmiało, nie wstydzić się że piją ją niemowlęta. Na bóle brzucha, zewnętrznie przemywać oczy i skórę w razie zapaleń i oparzeń, na wrzody żołądka, dwunastnicy i hemoroidom, przy problemach z wydzielaniem żółci i w chorobach nerek, przeciwgorączkowo i uspokajająco. I, jak dowiedzieliśmy się powyżej przeciwrakowo, przeciwazlheimerowo, a także przeciwreumatycznie. Albo w ogóle, raz po raz zamiast czarnej herbaty/ kawy.

I had a black shirt*

cheyenne

Cheyenne** jest podstarzałym gwiazdorem new wave (to taki popularny w latach 80. rodzaj muzyki, słodka wersja punk rocka). Fryzura, ubiór i makeup już niemodne. Całość ponuro-czarna. Cheyenne wyznaje, że pisał dołujące teksty bo było na nie wzięcie. Dwoje trochę bardziej wrażliwych  fanów wzięło przesłanie na serio i popełniło samobójstwo. Ja też wychowałem się na new wave. Miałem czarną koszulę i spodnie. Ale bez trupiej czaszki. Komentarz z historii muzyki dla osób młodszych lub niewyrobionych „muzycznie”: trupia czaszka odróżnia new wave od heavy metalu.

Na wrocławskim rynku były tłumy ubranych mimo upału w glany, czarne spodnie i koszule z trupimi główkami  (fani Iron Maiden). Na koncert dziadków przychodzą już nie tylko dziadkowie. Przychodzą też ich dzieci oraz wnuki i czasem nawet przynoszą na rękach prawnuki nierzadko przepasane czarnymi chustami. Słodko.

Podobno czerń oznacza negację. Kontrkulturę. Np. flaga piracka lub inne bardziej współczesne flagi krajowe i zagraniczne. Generalnie nie jest to raczej zdrowy symptom żeby odziewać się (wyłącznie) w czerń. I to nie tylko dlatego, że w czarnym można latem się nieco przegrzać. Zresztą przewaga każdego koloru o czymś mówi (Any colour you like, … you dislike).

Na czarno ubierali się punkowcy i post-punkowcy. Niedawno widziałem film biograficzny o Nicku Cave’ie. Muzyka monotonna, dziwię się sobie, że mam aż tyle płyt Cave (koleżanka pytana o to jak jest w Norwegii odpowiedziała „Norwagia to strasznie chujowy kraj. Byłam tam już 3 razy.” Może to coś wyjaśnia?). Z filmu wynika dodatkowo, że Cave to potworny nudziarz. Chyba farbuje włosy. Oczywiście na czarno.

Proponuję w zamian film wesoły, dowcipny i na czasie (ze względu na Euro 2016) Kusturicy o Diego Maradonie.

 

* Z piosenki The Stranglers / ** „Wszystkie odloty Cheyenne’a” – świetny film z Seanem Pennem.

It’s June again*

dziurawiec

* ze starej piosenki Maanamu „Simple Story”

Jutro 24 czerwca, przesilenie letnie.  Tak, trudno w to uwierzyć, ale dni będą odtąd już coraz krótsze. Dzień św. Jana i noc świętojańska. Słońce w swoim rocznym apogeum dostarcza maksimum energii, co wielu fachowcom wydaje się niebezpieczne – zalecają okulary przeciwsłoneczne, pobyt w cieniu, kremy z filtrem UV. Zalecenia owszem słuszne, dla wampirów (wampiry są wśród nas). Dla zwykłych śmiertelników, zwłaszcza w naszym raczej chłodnym i pochmurnym klimacie, unikanie Słońca to raczej gwóźdź do trumny (destynacja D3, wujek ultrafioletowy).

Tradycja mówi, że właśnie 24. czerwca zakwita ziele św.Jana, czyli dziurawiec (na zdjęciu; zdjęcie moje, nie ze stocku). Rzeczywiście, rok w rok widzę, że tego dnia otwarte są już wszystkie kwiatostany. Kiedyś znajoma zauważyła u mnie w szafce dziurawiec, uśmiechnęła się i widać było, że odbywa krótką podróż sentymentalną w dawne czasy. Dla mojej babki to było podstawowe zioło (poza tym lipa, bez, rumianek; babka B. zbierała jeszcze babkę i pokrzywę).

Gdy popatrzymy na listek dziurawca pod Słońce zobaczymy małe niby-dziurki – w istocie to pęcherzyki wypełnione przezroczystym olejem. Z tego względu nie sposób pomylić dziurawca z inną rośliną. Zioło zbieramy właśnie teraz, najlepiej w południe w suchy i słoneczny dzień, ścinając 1/3 od góry. Suszymy w ciepłym i zacienionym pomieszczeniu, a potem przez cały rok zaparzamy jak herbatę, ew. pozostawiając ją dłużej do „naciągnięcia”. Przechowujemy w ciemnych papierowych torbach. Są też inne i lepsze sposoby na zachowanie eterycznej struktury olejków, ale nie mam tu doświadczenia (ekstrakt/naciąg w winie, byle nie zasiarczonym (!) lub w oleju).

„Ziółko na wątrobę” przeżywa podobno w Niemczech  renesans jako lek przeciwdepresyjny.  Taka kuracja musi trwać ok. 40 dni, „na wątrobę” wystarczy czasem popić herbatkę 2-3 razy.  Czym jest właściwie depresja – czy to deficyt produkcji serotoniny (serotnina to hormon-substancja chemiczna wywierająca bezpośredni wpływ na funkcjonowanie w tym wypadku neuronów – uwalniana przez jeden neuron pobudza do działania następny) i czy ten deficyt należy po prostu zredukować hamując zwrotną resorpcję (pochłanianie) uwolnionej serotoniny (tak działa prozac i tym podobne leki)? Można i tak, ale po odstawieniu takiego „leku” wielu ludziom nie przychodzą już inne pomysły jak tylko dać sobie w łeb. Kuracja dziurawcem podobno rzeczywiście leczy, co nie przeszkadza żeby sprowadzać jego naturę do jednej substancji, która podobno działa tak jak prozac… Czy depresja to w ogóle jest choroba głowy (mózgu)?

W starych zielnikach mówi się, że dziurawiec „wzmacnia serce, oczyszcza wątrobę i nerki, goi wrzody, wypędza trucizny”, a także przeciwdziała melancholii. Serce znajduje się na pierwszym miejscu, symbolicznie (bo praktycznie serce to przecież tylko pompa; szkoda, że w takim razie nie udało się dotąd zbudować sztucznej) wskazując na siłą życiową (Vis Vitalis, serce jako siedziba emocji). Siła życiowa powstaje przy udziale wątroby-materii (Vis Naturalis) i mózgu-intelektu (Vis Animalis). Słońce == serce, Słońce jest sercem nieba a serce słońcem ciała: Cor Coeli i Sol Corporis).

Klasyczne ostrzeżenie jakie możemy przeczytać na paczce dziurawca to uwaga na …Słońce – może wywoływać zwiększoną wrażliwość na promieniowanie słoneczne. A może o otwarcie kanałów tutaj właśnie chodzi? Nawiasem mówiąc olej z dziurawca łagodzi oparzenia słoneczne. Dziurawiec goi także rany, w tym wspomniane wrzody, także wewnętrzne – perforacje ściany żołądka lub jelit. I szerzej – odbudowuje tkanki.  Olej podobno działa na wirusa opryszczki i półpaśca (półpaśca nie miałej, a na opryszczkę jeszcze nie próbowałem dziurawca; używam maści cynkowej).

 

 

wamipry są wśród nas

wampir

W „Nieustraszonych pogromcach wampirów” Polańskiego jest kilka patentów jak sobie z nimi radzić – można np. odstraszać czosnkiem, a po zaszlachtowaniu przebić mu serce przybijając go do dna trumny osikowym kołkiem. „Sagi zmierzch” nie oglądałem – być może są tam jakieś bardziej współczesne recepty.

Jak wiadomo wampiry nie lubią słońca i ukrywają się w lasach, skórę mają często porosłą obficie włosami, no i oczywiście lubią pić krew. Lubią, a właściwie muszą. Nauka ma wytłumaczenie takich zachowań – to porfiria – defekt produkcji barwnika krwi – hemu – objawia się chęcią chłeptania krwi oraz nadwrażliwością na promieniowanie słoneczne. Nadmiernie owłosiony i niekonwencjonalnie zachowujący się osobnik (chłeptanie krwi) był skazywany na ostracyzm i ukrywał się w lesie. Gdzie dzisiaj podziewają się wampiry? Depilują się? Nie wychodzą z domu i siedzą na facebooku? A może medycyna ma dla nich jakąś tabletkę? No idea.

Tymczasem „wybitny profiler FBI” napisał książkę o „niebezpiecznych osobowościach”, czyli jak rozpoznać „psychopatów”. Niebezpieczna osobowość jest scharakteryzowana w języku prostym, logicznym, naukowym, psychologicznym.

Ruscy mogą sobie pozwolić na więcej i nazywają sprawy (dla mnie) bardziej przekonywująco. Oto fragment charakterystyki „wampirów słonecznych”:>> to energetyczne pasożyty o mentalności, z zasady, psychopatycznej, skłonne do awantur, poniżania otoczenia, słuchające tylko siebie, niezainteresowane przekonaniami innych, podejrzliwe, skończeni egoiści i nudziarze. Z reguły zaczynają rozmowę o tym, jak to wszystko jest  źle, nie ma już dobrych ludzi, godzinami potrafią rozmawiać przez telefon itp. […] Wampir nie lubi gorących potraw. << Czytając ten opis zadrżałem i przed oczami stanął mi (mówiąc oględnie) bardzo bliski krewny. To pewnie dlatego po spotkaniu z nim lub po rozmowie telefonicznej zawsze czułem się tak zmęczony i słaby. Starzec nie lubi słońca, siedzi w smutnym ciemnym domu godzinami analizując zło całego świata, w tym biografie nazistów, stalinistów i innych tego typu figur (od których rzekomo się dystansuje).

Myślałem, że to taki szczególny i raczej rzadki przypadek. Chyba rzeczywiście ten jest szczególny, choć w tzw. międzyczasie słyszę o podobnych, może bardziej w wersji light („księżycowej”; takim typem jest choćby hipochondryk, który prowokując swoimi skargami współczucie u innych, dokarmia się ich energią). Może być też ujmujący, ale tylko po to żeby osiągać korzyści dla siebie niczego w zamian nie dając.. (Rosjanie piszą też żeby nic wampirom nie dawać bo „niewielkie jest prawdopodobieństwo”, że coś od nich dostaniecie).

No cóż, można byłoby podsumować sprawy tak: porfiria nie porfiria – wampir nie lubi słońca, ostrych i gorących potraw (a czosnek jest gorący i suchy w najwyższym 4 stopniu tradycyjnej klasyfikacji), po spotkaniu z nim czuje się upływ energii i, według wszelkich znaków na niebie i ziemi to psychopata. Mamy „Nieustraszonych pogromców…”, porfirię, psychologię, wschodni zabobon, a jako remedium, jak zywkle, ziołolecznictwo (czosnek i drewno osikowe :-).

Tymczasem 24. czerwca mamy św. Jana. Słońce będzie w swoim apogeum (a wampirom to nie w smak). Nie zapomnijmy zebrać wtedy dziurawca – jeszcze o nim zaraz napiszę. Noce są pochmurne, więc wciąż słabo z obserwacją Marsa (poprzedni wpis noro).

Noro

wholeskychart_20160616

Dzisiaj o 22.00 (ale także w najbliższym czasie o tej samej porze) spoglądając w kierunku południowym zobaczymy Księżyc prawie w pełni (pełnia 20.06 g.12). W tym nie byłoby nic szczególnego, zdążyliśmy się już przyzwyczaić do Księżyca. Właściwie to go olewamy równo. Do niczego nie wydaje się potrzebny. Tym bardziej do niczego nie potrzebujemy Marsa, który  jest teraz szczególnie dobrze widoczny – Ziemia właśnie wyprzedziła go w punkcie, gdzie elipsy orbit są blisko siebie. Po Księżycu Mars jest dzisiaj prawie najjaśniejszym obiektem na niebie. Rzeczywiście lekko czerwony znajduje się w pobliżu Księżyca, lekko na południe. Niewiele dalej na wschód widać Saturna. Jeśli obrócimy głowę z prawo to na zachodzie zobaczymy najjaśniejszy po Księżycu na niebie Jowisz.  Też niby do niczego nie potrzebny, z tym że bez Jowisza nie mogłoby istnieć życie na Ziemi – kolos przyciąga asteroidy, które w przeciwnym razie zrobiłby z powierzchni Ziemi pole bitwy.

Dawniej w każdej japońskiej wiosce mieszkała noro – kapłanka i duchowy przewodnik. Noro wierzy, że zdrowie wioski zależy od tego czy będzie zważała na gwiazdy, Księżyc i duchy przodków. Jeszcze podobno żyją takie staruszki na Okinawie. Ciemne baby i tyle.

PS. Aktualna sytuacja na orbitach. Jeśli końce sznurka o długości r (r=radius, czyli promień)  przymocujemy do kartki papieru i ołówkiem napniemy sznurek kreśląc linię to wykreślimy elipsę. Punkty przyczepu sznurka to ogniska elipsy. W jednym z ognisk znajduje się Słońce (a oczywiście suma odległości od ognisk jest stała i równa się długości sznurka r).

Mars_Ziemia

 

 

 

 

Majowa hipochondria

IMAG0492

Maj i wrzesień to najlepsze miesiące dla zbioru ziół, więc od początku maja biegam po lesie i dlatego nie miałem czasu robić wpisów na blogu. Naprawdę to jest tak jak w starym kawale o Ruskich – kelner pyta co zamawiają – „szampana i kawior” pada odpowiedź. Kelner uśmiecha się i mówi „No to pożartowaliśmy, a teraz się decydujcie się jaka ma być zakąska do wódki – ogórek czy śledź”. Tak. Siedziałem dużo przy komputerze, a jedyne co zrobiłem to zebrałem pokrzywę – część suszę, a część zalałem własnym winem winogrononowo-śliwkowym (według starożytnych receptur zioła zalewało się winem, nie wiem dlaczego dzisiaj się tego już nie robi). Zobaczymy co z tego wyniknie. Mam na myśli wino, choć niniejsze wyznanie może być także potraktowane jako przyznanie się do nielegalnej produkcji alkoholu, która to jest objęta monopolem spirytusowym. Śpieszę więc zapewnić, że w realu nie prowadzę żadnej produkcji, a w ogóle ten cały blog to są żarty i jak ktoś się źle czuje to powinien jak najszybciej zgłosić się do lekarza (a jeszcze lepiej do lekarza-specjalisty), gdyż zioła niewłaściwie stosowane mogą być przyczyną wielu groźnych chorób (co innego leki pod okiem w/w specjalisty).

Maj jest także miesiącem „oczyszczania” z nadmiarów nagromadzonych w sezonie zimowym. W szczególności pokrzywa nadaje się do tego znakomicie np. w formie herbaty ze świeżych liści (nie polecam przed podróżą samochodem, zwłaszcza w korkach, chyba że jedziemy z pampersem).

Właściwie powód mojego niepisania jest inny. Mój problem polega na tym, że mam dość pisania o chorobach (tj. o zdrowiu). Od tego pisania o chorobach (o zdrowiu) czuję się chory. W  „o blogu” piszę, że po 3. roku studiów rzuciłem medycynę. Pomysł pisania na te tematy wziął się z połączenia tamtych lat z codziennym doświadczeniem. To doświadczenie jest z jednej strony pozytywne (o tym jest głównie w tym blogu), z drugiej negatywne: do powrotu do (quasi) naukowego zgłębiania tematów zdrowotnych zainspirował mnie O. – famaceuta – molestujący żywo zainteresowany teoriami nt. żywienia i zdrowia. To właśnie O. „skłonił mnie” kiedyś do podjęcia studiów medycznych. W ostatnim czasie stopniowo ewoluował (także w innych obszarach), a tematyka zdrowotna stała się sposobem osaczania ludzi niespełniająch rzecz jasna jedynie słusznych reguł zdrowego żywienia. Skutki były fatalne… dla zdrowia. Nie chcę się teraz o tym rozpisywać. O podobnym zjawisku opowiadał mi też ostatnio znajomy ze sklepu ze zdrową żywnością – jego teść napada ludzi przy stole robiąc im wiwisekcję.

Wspominałem o hrabim pijaku (hrabia pijak nie stosował zasad zdrowego żywienia). Ostatnio słyszałem też, że „duńscy uczeni” dowiedli, że otyłość wcale nie skraca życia i że to chudzi potrafią umrzeć nagle. Myślę, że to generalnie nieprawda, ale z pewnością można znaleźć taką populację optymistów grubasów co to żyją dłużej niż zgorzkniali i zasuszeni chudzielcy z których wychodzi stale żółć (czyli tacy jak ja).  „Życie to więcej niż jedzenie”. (Jest też inne „jesteś tym co jesz”). I jeszcze jedna historyjka o sporze grubych z chudymi. Ksiądz wyszukał dla E. strój na komunię, strój po jakimś ministrancie, trochę za duży. „Ale chudzina” – skomentował nieładnie. Tymczasem spoglądając na księdza widzimy coś na kształt coraz bardziej zaawansowanej ciąży. To zabawne. Kiedyś ktoś ze znajomych opowiadał jak to jego żona jest w ciąży bodajże z 4. dzieckiem. Opowiadał i opowiadał, a wszyscy skupiali coraz bardziej wzrok na … jego brzuchu. W końcu ktoś odważył się powiedzieć to, co pomyśleli pozostali „A ty … też?” (ciąża, jak się później okazało, była u niego urojona).

Jeszcze o sprawach duchowych (być może odległe, ale skojarzenie z księdzem; niektórzy uważają, że są sprawy duchowe są ważne dla zdrowia, a inni że nie mają nic do rzeczy). Ksiądz zapytał też dzieci „Jak myślicie, gdzie jest Jezus”. Poprawna odpowiedź to oczywiście „W kościele”.  Jakieś dziecko mówi „Na cmentarzu.” No z tym, kurwa, nie wiadomo co zrobić. „Odważna teza” – pada odpowiedź.  E. mówi: „Wszędzie”.  Ocena jednoznaczna: „Źle”. Ksiądz daje następnie do zrozumienia, że Jezus jest tam gdzie przebywa …ksiądz. Może właśnie w brzuchu?

Myślę więc co dalej z tym blogiem. Może mógłby być mniej hipochodryczny…

PS Słowniczek:

„hipochondria” – dosłownie „pod żebrami”, a tam znajduje się wątroba, jej dysfunkcja skutkuje ogólnym złym samopoczuciem, zatruciem organizmu, często nadmiarem żółci, co może być przyczyną narzekania w ogóle, lub narzekania na zdrowie

„skłonić” (kogoś do czegoś) to przecież nie tyle przekonać go co raczej spowodować żeby się ugiął (pokłonił)

Destynacja D3

D3

Niestety. Ilość stosunkowo tanich i w miarę bliskich słonecznych zimą destynacji się skurczyła i nie wygląda, żeby to się miało zmienić. Co gorsza skutkiem tego lato nad Bałtykiem zapowiada się jeszcze bardziej koszmarnie niż dotychczas (dotychczasowy koszmar bałtycki: brak świeżej ryby, zamiast tego kebab, pizza, na śniadanie jogurt i drożdżówki, stara pościel, letnia woda w kranie, poza tym może padać dwa tygodnie i nie być zbyt ciepło, do tego nieźle wieje; nowy koszmar: to co poprzednio plus jeszcze większe tłumy ludzi). Mimo zachmurzenia promieniowanie UVB skutecznie zamienia prekursorów witaminy D  w aktywną witaminę D.

Ostatnio o witaminie D jest głośniej.  Amerykański lekarz odkrył, że podając duże dawki D3 udało mu się powstrzymać rozwój groźnej/ groźnych chorób, w tym jakiegoś z popularnych obecnie wirusów (zika? fika? nie pamiętam jak mu tam, pamiętam za to takiego piłkarza „Zico”). Widomość była w poważnej krajowej telewizji, w głównym wydaniu newsów. No odkrycie to chyba żadne bo jak się trochę wczytać to witamina D reguluje tyle procesów w organizmie, że miesza się od tego w głowie (oczywiście reguluje gospodarkę wapnia, a przez to wpływa praktycznie na wszystkie funkcje od pracy mięśni po przewodzenie nerwowe, dalej lub jednocześnie wpływa na ciśnienie krwi, odporność, oczywiście (jak obowiązkowo każda rewelacja) hamuje raka, ma związek ze snem – to ostatnie potwierdza znajoma stosująca suplementację witaminą D, no i oczywiście, kości).Tak już najogólniej w (dość durnej) książce o długowieczności autor dopatruje się w mocnych kościach (obok ruchu i szczęśliwej wielopokoleniowej rodziny)poszukiwanego klucza .

Witamina D nie jest właściwie witaminą. Z dwóch powodów. 1/ człowiek produkuje ją sam z cholesterolu (zły cholesterol, zły) pod warunkiem, że dostatecznie eksponuje się na promieniowanie UV, frakcję B, której to u nas przez około pół roku nie ma 2/ witaminy wchodzą zwykle w skład białek-enzymów, które przeprowadzają reakcje biochemiczne w organizmie, a tymczasem witamina D zmienia różne funkcje organizmu (np. wchłanianie wapnia) działając jak HORMON. Mądrość ludowa mówi, że z „hormonami” trzeba uważać – dają je zwierzętom, potem zjadamy takie mięso i jest problem. 12.letniemu kuzynowi, amatorowi kurczaków wyrosły na plecach włosy. Dzisiaj jest szanowanym prawnikiem. Włosów na plecach mu nie sprawdzałem. Z kolei naukowa mądrość przestrzega przed promieniowaniem UV, które jako, że powoduje min. raka skóry, nie nadaje się więc do uzupełniania niedoborów witaminy D i lepiej brać syntetyczny HORMON, bo nie zaobserwowano jakiejś specjalnej toksyczności w wypadku jego przedawkowania. Możemy sobie wybrać wersję. Ja wybieram opowieść o hormonach i staram się w zimie wyjechać gdzieś w słoneczne miejsce (z tym teraz trudniej). Polecić można krótkie spodnie (dla kobiet i mężczyzn)/ spódniczki (dla kobiet) – najwięcej receptorów UV jest podobno na udach. Niepolecić można kremy z filtrem UV. Polecić jakieś naturalne oleje, może być szczególnie z granata, ale z oliwek też ok, lniany rozpuszcza po kilku dniach stosowania naskórek – to sposób na peeling a nie na opaleniznę. Co można jeszcze zrobić – tran, ryby, jajka i podobno niektóre zwłaszcza grzyby zawierają sporo wit. D. Weganie mają słabo. Wspomina się o grzybach egzotycznych (z Fukushimy (?), założę się, że produkcja z Czernobyla się przy nich chowa).

I pomyśleć, że według różnych (durnych) wskaźników najszczęśliwszym krajem świata jest Norwegia (już lepszy jest bałtycki koszmar: około 6 x tańszy, 10 x bardziej słoneczny, no i można w każdym sklepie kupić coś do picia).

PS O UV było min. we wpisach onkalo i  wujek ultrafioletowy i też w Tenerife Norte, ale też w energia ze słońca (o dziurawcu).

onkalo (fin. ukrycie)

 

Film Madsena „Into Eternity” – piękny i straszny. W zachodniej Finlandii kują w skale schron dla odpadów radioaktywnych na 100.000 lat. Chcą go potem zabetonować, a na wypadek gdyby nasza cywilizacja utraciła ciągłość umieścić by tam trzeba np. taki, miejmy nadzieję zrozumiały dla wszystkich znak:

onkalo

„Najczystsze” [bo już chyba nie „najbezpieczniejsze”] źródło energii. Jedyny problem to odpady radioaktywne. Nie ma sposobu żeby je zutylizować. Ani praktycznie, ani teoretycznie. Prometeusz wykradł ogień, ale nie potrafi go opanować. Profan dorwał się do sacrum.

Moja babcia (kobieta prosta, wspominałem o niej w tym blogu, skończyła 5. klas, przeżyła 87 lat) śmiała się kiedyś ze swojej (też wiekowej) znajomej: „Ta co się pielęgnuje”. Rzeczywiście, tamta kobiecina (podobno re-emigrantka z Belgii) bardzo dbała o zdrowie min. pijąc mleko z czosnkiem. Ciekawostką jest to, że zapach z ust jest nieusuwalny, przynajmniej w wypadku dużych, belgijskich dawek, bo związki siarkowe z krwią dostają się do płuc i wydostaje się z nich min. w windzie. I to jest niegłupio pomyślane! – mam na myśli efekt leczniczy dla dróg oddechowych, a nie windę. Babcia zażywała zioła i dawała je mnie tylko w razie potrzeby (choroby). Poza tym robiła skłony i przysiady. To wszystko.

To były jednak inne czasy. Dzisiaj mamy więcej problemów, min. takich jak często wspominane i nudne już tematy tego bloga – konserwanty (i inne antybiotyki), produkty mleczne „light” z mega dawkami laktozy, wszędzie dodawany gluten itd. Do tego żyjemy w polu Wi-Fi („Wi-Fi never sleeps”) – nawet na mojej wsi, gdzie nie docierała przed 10. laty nawet fala telefoniczna, dzisiaj mam non-stop 2-3 sieci. Fachowo – elekrosmog. I tak dalej. Albo to trzeba olać i uznać, że „nie ma dowodów” na szkodliwość GMO, Wi-Fi, albo że nawet jak są to mimo wszystko, dzięki Bogu (pardon: współczesnej medycynie) żyjemy i tak dłużej, albo można dostać paranoi, ćwiczyć jogę, zdrowo się odżywiać i z tych wszystkich napięć umrzeć na raka.

Na metodę środka nie ma szans. Nikogo to raczej nie zainteresuje. Ta metoda jest niestety tematem przewodnim niniejszego bloga ;-(.

No to teraz kierunek paranoja żywnościowa. Co prawda wspominał mi o tym ze 2 lata temu eko-sadownik (niezdrowe owoce, candida nie chce jeść kiszonej kapusty), ale jakoś puściłem to wtedy mimo uszu. Chodzi o napromieniowywanie żywności. O promieniach też już było (wujek ultrafioletowy) – UV jest niby niekorzystne (stąd kremy z UV), ale także korzystne, a właściwie chyba niezbędne dla życia. W każdym razie straszą nas UV bez żenady, a raczej bez pardonu na to, że w końcu jest to fala elekromagnetyczna o ledwie tylko większej częstości niż widzialny dla nas fiolet (UV widzą podobno min. pszczoły). Atmosfera Ziemi jest także łaskawa dla UV – przepuszcza je. No może nie tak całkiem łaskawa dla naszych szerokości geograficznych – zimą nie przepuszcza i to jest problem. Mało pisze się o drugim biegunie – za czerwienią (najmniejsza częstość fali= największa długość spośród fal widzialnych) jest podczerwień, którą odczuwamy jako ciepło. Atmosfera jest, całe szczęście, dla podczerwieni łaskawa – przepuszcza ją przez cały rok. Dalej są mikrofale – tych atmosfera z jakichś powodów nie przepuszcza (z jakich, do diabła, skoro tak dobrze wszystko gotują; znajoma, przykro stwierdzić, beztalencie kulinarne, robi w mikrofali nawet ziemniaki). Potem fale radiowe – przepuszcza. Muzyka z kosmosu ma szanse, ale jakoś nie dopływa (a może dopływa?).

Francuzki naukowiec poddawał bigos (i inne potrawy) działaniu różnych ciśnień, temperatur i mikrofal, które mogą nam przyjść do głowy w kontekście przygotowywania żywności. Niestety nie udało mu się uzyskać pewnych cyklicznych związków, które z łatwością powstają w procesie napromieniowania żywności, o którym to procesie opowiadał mi przez 2 laty eko-sadownik, a którą to informację puściłem mimo uszu. Co innego gdy mówi o tym naukowiec. Teraz to się trochę przestraszyłem. Co prawda nie ma takiego wymogu, żeby informować konsumenta, czy towar napromieniowano, ale łatwo można się zorientować który napromieniowano i bez badań laboratoryjnych. Jak ktoś wie jak szybko psuje się ryba albo mięso, albo nawet warzywa czy owoce (jak ktoś nie wie to polecam film „Into the wild”/”Wszystko za życie” Sean’a Penn’a) to może nabrać wątpliwości co do niektórych „świeżych” (niemrożonych) produktów.

Znów nie ma dowodów. Francuz nie dostał grantu na dalsze badania, więc dowodów nie będzie. Ja jako matematyk ze specjalnością w zastosowaniach wiem, że coś co nie działa w teorii nie może raczej zadziałać w praktyce.  (Jako paranoik/ ekomaniak nie potrzebuję dowodów). Otóż napromieniowywanie żywności stosowane w USA od 60. lat (tam to standard), a w Europie prawdopodobnie do większości towarów importowanych z innych kontynentów, polega na zastosowaniu promieniowania gamma. Tak. Gamma. Dla niewtajemniczonych – chodzi o Czarnobyl (dla młodszych – o Fukushimę). Po UV mamy alfa, potem beta a potem gamma – strumień fotonów o wysokiej częstotliwości. Oczywiście w przypadku żywności strumień ten nie jest (miejmy nadzieję) zbyt duży. Ale intensywny to on jest. Nie przeżyje żadna bakteria na powierzchni owocu/mięsa. Tu jednak chodzi prawdopodobnie także o zatrzymanie naturalnych (nieinfekcyjnych) procesów rozkładu przebiegających wewnątrz komórek. Dość powiedzieć, że wszystko jest zastopowane. Rozpadają się białka/enzymy (trawienne), i ich składniki – witaminy. Podobno np. kurczak (tzn. mięso kurczaka, bo jemu to już obojętne)  traci 30% wit.E. No, ale wracając do teorii: wiadomo, że przecież atomy absorbują fotony zmieniają swoją konfigurację energetyczną (elektrony są wzbudzane na wyższe poziomy energetyczne). Żadnej atom napromieniowanej żywności nie jest już taki sam jak przedtem. Dodam, że oczywiście atmosfera Ziemi nie przepuszcza promieniowania gamma.

A może napromieniowana żywność jest po prostu … zdrowsza. Nie zawiera bakterii i innego świństwa. W końcu kiedy Maria Curie-Skłodowska odkryła promieniotwórczość to papierosy i w ogóle, różne produkty z dodatkiem radu, cieszyły się dużym wzięciem ze względu na swoje energetyzujące właściwości…

radium

 

 

statystyka, jogurt, cholesterol i hrabia pijak

Gauss

W telewizji była nie tak dawno ponad 100. letnia kobieta, która przyjechała odbyć kontrolną wizytę do lekarza. Trochę jest już słaba więc pomagała jej 85. letnia córka. Oczywiście pytają 100. latkę jak to zrobić, żeby żyć tak długo – czy coś szczególnego jeść lub pić. „Co Pani je na śniadanie? Zawsze rano na śniadanie piję kawę…” – mój świat w tym momencie runął – kawa jako recepta na zdrowie „… zbożową, oczywiście” – dodała za chwilę. No to już prędzej.

„Moja babcia paliła papierosy i dożyła 90. lat”. Często słyszymy takie argumenty. Z kolei w piosence Lecha Janerki było inczej „niewiele mówił, robił co zda się, palił i pił. I ZMARŁ.”.

Mój wuj był uznanym kardiologiem w dużym mieście, a narzeczonym podstarzałej już wtedy ciotki był już całkiem podstarzały, o 25. lat od niej starszy podupadły arystokrata, co to na dodatek pił na umór. Twarz pomarszczona, nos czerwony. W pewnym momencie rodzinę obiegła pogłoska, że wuj dał hrabiemu najwyżej 2. lata życia. Nie minęły 4 lata, a wuj zmarł na dyżurze na zator tętniczek mózgowych. Hrabia dożył ponad 90. Na koniec miał raka prostaty, krtani i diabli wiedzą co jeszcze. Człowiek był to niezwykle sympatyczny i pogodny. Kiedy wchodził do pokoju czuło się jak poprawia się atmosfera (i nie mam na myśli oparów alkoholu).

Nie, nie. To nie jest kolejna zachęta do picia z mojej strony.

Badania co rusz to wykazują, że jedzenia czegoś tam zmniejsza ryzyko czegoś tam, a jedzenie czego innego z kolei zwiększa ryzyko. Np. jedzenie jogurtów light zmniejsza ryzyko zawału serca. To takie proste, że aż głupie do bólu. A jeśli jest tak, że ci co jedzą light ogólnie zdrowo się prowadzą, np. codziennie gimnastykują i dlatego nie mają tyle zawałów? (Czyli ze zdrowia wynika jogurt a nie odwrotnie). Życie wydaje się pozornie tak skomplikowane, a tymczasem wystarczy sięgnąć po jogurt light. No, może jeszcze obniżyć cholesterol*.

Na obrazku mamy tzw. gęstości rozkładów normalnych. Centralne twierdzenie graniczne mówi, że jak niezależne i podobne do siebie zmienne (czy nas, obywateli) się uśredni to będzie normalnie, czyli gros będzie skupione wokół średniej (mu=0 to średnia, a sigma=1 to miara rozrzutu wokół średniej czyli odchylenie standardowe; dla wersji rozkładu normalnego oznaczonej na niebiesko). Ale będzie też trochę odmieńców z lewa i z prawa. Wszyscy są jednak „normalni” (w sensie zgodności z rozkładem prawdopodobieństwa). Normalne może więc być, że choć średnia długość życia wynosi, dajmy na to, 70 lat to ktoś dożyje znacznie więcej lub mniej. Pewne czynniki mogą tutaj sprzyjać (osobiście wątpię czy jednak jest to jugurt light), inne niesprzyjać (do picia mam stosunek neutralny+). To, że ktoś pił i żył długo niczego nie dowodzi, to że średnia wynosi x znaczy, że tyle wynosi średnia, a to że ktoś dobrze się prowadził i zmarł młodo nie oznacza, że nie warto o nic dbać bo i tak nie wiadomo. Ryzyko (szansa) może być niskie, ale nawet niskie prawdopodobieństwo może się zmaterializować. To się nazywa konkretna realizacja zmiennej losowej.

* jogurt light, czyli odtłuszczony zawiera kilkakrotnie więcej laktozy – mlecznego cukru, którego człowiek raczej nie trawi i słabo metabolizuje (co pije koza… )

„walkę z cholesterolem” prowadzono najmocniej w latach 70. Ludzie brali leki obniżające poziom cholesterolu, zmniejszała się podobno ilość zawałów serca, ale popadali w ciężką depresję; dzisiaj hitem jest witamina D (ma być dobra niemal na wszystko, zwłaszcza na zimową porę roku), która powstaje z … cholesterolu.

Lidl ist bilig

lidl

[sorry – zdjęcie chyba nieapetyczne i niezbyt abstrakcyjne]

Zbliżające się Święta Wielkanocne przywiodły mi na myśl białą kiełbasę, a białą kiełbasę reklamował ostatnio w radiu „Lidl”. No i mu się teraz za to (być może niesłusznie) dostanie.

W czasie studiów jeździłem do Niemiec „na saksy” tj. zrywać czereśnie i co tam bądź. Zapamiętałem wspaniałe markety Aldi, Lidl, ten ostatni z porażająco prostym hasłem Lidl ist bilig („Lidl jest tani”). Kupowaliśmy tam kilkudniowe bułki w paczkach (bułki były świeże; świeżość nr 2. lub 3.).

Biligkeit, czyli taniość przekonała chyba Niemców – dzisiaj nie ma tam już małych lokalnych sklepików – zostały tylko markety. Śmieją się z Holendrów, że gównozjady, co to nie ma z nich pożytku, bo nocują w swoich camperach, w których mają swoje puszki i swój wychodek. Słabe to pocieszenie. Moja ciocia, lekarka, osoba ożeniona z zamożnym Holendrem, i sama zamożna, kupowała też żarcie wyłącznie w marketach, ale tylko w czwartki. Nie, nie – w czwartki nie było nowej dostawy jeno przecena z całego tygodnia. Taka była po prostu „świadomość zdrowotna” ciotki.

Według radiestetów nie ma nic gorszego niż stare jedzenie. To może być dla kogoś metafizyka, ale fizyka jest taka, że ciepło, zimno (mrożenie), światło, dostęp tlenu zmieniają substancje chemiczne. Co więcej, zmienia się też nie-tak-łatwo-mierzalna struktura kwantowa, czyli energia cząstek [Panie Ryszardzie – to ENERGIA!]. Atomy nieustannie absorbują i emitują fotony przez co elektrony uzyskują lub tracą energię. A dwa, że stare żarcie nie jest smaczne. Może być jednak tańsze. Jeśli już jemy produkty typu mięso czy wędliny powinniśmy koniecznie kompensować je surowymi (lub kiszonymi) warzywami. W ten sposób jakoś się te stany kwantowe neutralizują. Czyli nie robić tak jak ci, co zjadają najpierw kotlet, potem trochę ziemniaczków, a surówkę – do kubła.

PS Ostatnio w dyskoncie kupiłem min. żytni chleb, był też bezglutenowy, trochę wątpliwy w swojej strukturze, ale zawsze. Czy to początek globalnego ocieplenia eee… uświadomienia?

r ó w n o w a g a – entropia – samoleczenie

Social media & sharing icons powered by UltimatelySocial